to top

Niewiele rzeczy cieszy mnie bardziej

magdatomkowicz

27 kwietnia

Stoję ostatnio na rozdrożu i szukam drogowskazów. Byłoby łatwiej, gdyby stały sobie grzecznie na poboczu, zamiast biegać po polach ze strachami na wróble wespół w zespół. One się włóczą, ja ich szukam. Z lepszym lub gorszym rezultatem. I tak całe życie.

 

 

26 kwietnia

Nauczyłam się czytać bardzo wcześnie. I nigdy nie przestałam. Nic nie wskazuje na to, abym była w stanie znaleźć w życiu większą pasję niż słowa i obrazy, które dzięki nim powstają w mojej głowie. Z niewielu rzeczy cieszę się bardziej niż z tego, że moi chłopcy ją w sobie mają. Tę wieczną tęsknotę do przeżywania kolejnych i kolejnych żyć. Tę iskrę w oczach na myśl o nowych przygodach. Z wypiekami na twarzy. Pod kołdrą. Przy małej lampce. Tak jak ja kiedyś. Zasypiać gdzieś w Gran Chaco albo w trzynastopiętrowym domku na drzewie. Mieć umysł otwarty i serce bez zahamowań. Bo poznało się tylu wspaniałych ludzi z różnych stron świata. Bo płakało się, kiedy ginęli bohaterowie. Bo nie zdążyło się nasiąknąć uprzedzeniami innych ludzi, zanim nasiąknęło się ideami, które całe życie będą w pamięci.

 

Niewiele rzeczy cieszy mnie bardziej.

 

Niewiele rzeczy smuci mnie bardziej niż to, że większość Ich rówieśników wychowuje się w świecie, w którym, owszem, ma się wiele żyć, ale różnią się one od siebie tylko stopniem trudności przetrwania. Zanim wejdzie się na kolejny poziom gry. Takie mało wartościowe się te życia wydają.

 

I tak się zastanawiam – czy nie trudniej zrozumieć takiemu dziecku, jaką wartość ma to prawdziwe, pojedyncze i niepowtarzalne, dane raz, ale nie na zawsze, życie?

 

 

18 kwietnia

Poplątał nam kwiecień wiosnę z zimą, plany zmącił i przypomniał, że w cyklu przyrody nie odgrywamy pierwszych skrzypiec. Taka mała pogodowa lekcja pokory.

 

 

10 kwietnia

Nie mam Wam dziś zbyt wiele do napisania. Bo ileż można o szczęśliwieniu? O tym, że zrobiliśmy małpkom i sobie wagary, i do naszego lasu uciekliśmy. Że wszystko inne niech zaczeka. Bo właśnie dziś uciec od wszystkiego innego było warto. A nawet nie uciec, co przyjechać właśnie tu i radośnieć od szalonych dźwięków natury.

 

Słuchałam dziś w radiu wywiadu z Władysławem Ochmanem, jednym z tych mądrych ludzi, od których warto uczyć się życia. Zacytował w nim ojca Bocheńskiego: “zanim coś zrobimy, zastanówmy się, czy warto.”

 

Dlatego dziś nadaję z lasu, bo tu “warto” nabiera głębszego sensu. Trochę jak w książkach, które pokazują, jak żyć pięknie. Tylko że dziś, zamiast uczyć się mądrości z książek, wykorzystuję wiedzę, którą już mam. A ta mi mówi: bądź tu i teraz, z tymi których kochasz, w miejscu, którym szczęśliwiejesz. Wszystko inne poczeka.

 

 

10 kwietnia

Przez chwilę jestem tym zwykłym, prostym nicnierobieniem, które niczym medytacja, czyści głowę z setek pytań o to, dlaczego i po co, z krzyków i kłótni, które mijają tak szybko, jak przyszły, by tylko we mnie zostawić ślad i wątpliwość, z mniejszych i większych okrzyków radości na widok dżdżownicy czy dzięcioła i z głośnych walk na patyki. Bo od radości też czasem trzeba chwilę odpocząć.

 

magdatomkowicz

 

4 kwietnia

Gutek śpi. Starsi chłopcy w ramach niespodzianki dla Niego robią domowy kisiel. Stasiek Nimi dyryguje. Stefan chodzi wokół pavlovej, która czeka na przyjście naszych przyjaciół. To moja czwarta pavlova w ciągu dwóch dni. Pierwsza udana. Mogę więc uznać, że czegoś się dziś nauczyłam. Poza tym, że dzieciństwo naszych dzieci jest krótsze od naszego. Choć o tym wiedziałam już wcześniej. Ale nikt mnie nie uprzedził, że z każdym kolejnym dzieckiem ten czas się coraz bardziej skraca. Że wiosna goni wiosnę, a drugą ręką, już w letnie ciuchy ubraną, zbiera zboże, by ogonem liście kolorowe spod drzew wymiatać. Nikt mnie nie uprzedził.

 

 

3 kwietnia

Rok temu o tej porze jechałam do szpitala, by Cię urodzić, Synku. Tak szybko minęło te 12 miesięcy. Jutro będziemy składać Ci życzenia i śpiewać specjalnie dla Ciebie, a Ty będziesz się śmiał i bił brawo. Ale to jutro, Synku. Jutro skończysz rok. Dziś bądź jeszcze niemowlakiem. Daj mi chwilę, bym zamiotła pod dywan wzruszenie i namalowała Ci na torcie serce. Moje. Twoje. Sama już nie wiem, które bije we mnie mocniej.

 

 

30 marca

Mój mąż się śmieje, że Stefan jest pierwszym członkiem rodziny, z którym się witam, kiedy wracam do domu. Ale prawda jest taka, że to Stefan pierwszy przybiega, aby powitać mnie. I zabiera mi wszystkie smutki, by przeżuć je potem jak gumową zabawkę. Abym ja nie musiała już niczym się martwić.

 

Czasem spotykam na swojej drodze ludzi, których chętnie posłałabym do psiej szkoły. Żeby zobaczyli, co to znaczy być ludzkim.

 

 

29 marca

Mogłabym napisać, że mam dość. I byłoby w tym nawet ziarno prawdy. Ale wszystkie, brakiem snu wrażliwsze jeszcze niż zwykle zakończenia nerwowe, krzyczą we mnie, że patrz na to swoje szczęście największe i innych ziaren szukaj, by z nich swój codzienny chleb piec. Pokory mi tak często brak. Gdyby tak przez jej palce spojrzeć na życie, czyż nie byłoby ono idealne? W całej swojej skrajnej niekiedy nieidealności i zmęczeniu, którego kawa nie postawi na nogi. Bo ona reanimuje resztki sił, a gdy ich brak, nie ma przecież czego wskrzeszać. Tylko że to nic. To naprawdę nic. Bo znów, kolejny poranek bez prawdziwych tragedii przyszedł. One znów wydarzyły się gdzie indziej, komu innemu.

 

Móc narzekać na niewyspanie to jak los na loterii wygrać. Móc potykać się o energię małej małpki, która przecież wyspana, bo na tobie śpi się wyśmienicie. Zwłaszcza kiedy nosisz ją na rękach. I cieszyć się trzeba z tego, że ona spała, choć ty nie. Bo przecież moglibyście obydwoje. Bo ból, bo gorączka, bo mnóstwo innych rzeczy, o których myśli chcesz jak najdalej od siebie odsunąć. Ale one przychodzą. Kiedy tak narzekasz na to swoje niewyspanie, przychodzą. By pokory cię nauczyć. I możesz być naprawdę wdzięczna, że w tak łagodny sposób znów ta lekcja przebiegła.

 

Pijesz więc zimną kawę i myślisz sobie, że smakuje wybornie. To twoje niedospane życie.

 

 

27 marca

Siedzę na naszym tarasie w promieniach słońca zanurzonym jak żaba w kałuży. Dobrze mi tu. Dobrze mi teraz. Choć dzień był z tych trudniejszych. Mniej jeszcze niż zwykle wyspany. Pokłócony trochę i choć pogodzony od razu, dał dużo do myślenia. Taka jakaś jestem rozdwojona. Jak dwie krople wody różnią się od siebie moje dzisiejsze osobowości. Zlewają się w jedno i rozmywają w sobie. Jak smutek z radością tworzą nieidealną całość. Za to w piekarniku piecze się idealny sernik. Nawet jeśli nie wyjdzie i tak będzie idealny, bo upieczony wspólnie z tym, który dał mi dziś najbardziej w kość. Taka ta nasza domowa matematyka prosta, taka dla początkujących. I chyba tylko cieszyć się z tego mogę, bo do trudnych działań na emocjach jeszcze nie dorosłam. Jeszcze nie zmądrzałam.

 

 

24 marca

Mówią, że czas jest względny. A on przecież bezwzględny. Nie ma zmiłuj. Co się stało, to się nie odstanie. Z gumy nie jest, nierozciągliwy bardziej niż za ciasne dżinsy. Wiecznie go mało. To tu, to tam. A bokami się wylewa, co niedokończone. W tym wiecznym niedoczasie nie zgubić tego, co najważniejsze, to sztuka najprawdziwsza. Niespiesznym krokiem na spacer iść i wysłuchać, co mają nam do powiedzenia dzieci. Które, choć znają się już na zegarku, nie wiedzą jeszcze, że on nam tyka, kurcząc bezpowrotnie życie.

 

magdatomkowicz

 

23 marca

Dziś starałam się być z Nim bardziej. Odłożyłam świat na później, bo świat przy Nim jak statek dziurawy. On, ONI wypełniają wszystkie luki w moim sercu i sklejają nawet to, co kiedyś rozprysło się w drobny mak. Są moją wiosną. I kawą. I każdą prawie zmarszczką od śmiechu. I od zmartwienia. Moją czekoladą i piwoniami, na które czekam cały rok. Na Nich czekałam znacznie dłużej. I choć nie definiuję się przez Nich, Oni napisali na nowo definicję mnie. I choć mam swoje życie, bez Nich ono nie miałoby już sensu. Choć mam swoje pasje, kiedy Oni mnie potrzebują, rzucam wszystko. Odkładam świat na później. Bo z Nimi chcę być najbardziej.

 

 

23 marca

Mogliby dziś pospać. No mogliby. Szkoła na 11. Przedszkole na 9, bo zajęcia otwarte dla rodziców, więc będziemy. Ale przecież zdążylibyśmy bez problemu. Wstając o 7. Nawet o 8. Ba! Zaryzykuję stwierdzenie, że nawet o 8.30. Ale przecież to byłaby dla tych moich małpek plama na honorze. A takie piękne osiągnięcia mają w budzeniu mnie o świcie. W dni, kiedy mogłabym pospać. Bo tak to nie. Tak to nie mogę Ich dobudzić. Ale kiedy mogłabym pospać… No mogłabym…

 

 

19 marca

My już po śniadaniu – nie ma się co dziwić, skoro pobudka była dziś o 5. A wcześniej o 4.45. I o 4.30. I o 4.00. I wiecie sami, co dalej. Można powiedzieć, że gramy w grę – my kontra zęby, których jeszcze nie ma. Wynik na dziś:

– mama: 12:0 dla zębów,

– tata: 3:1 dla taty – tak, tacie częściej udaje się przynajmniej odłożyć Gustawa do łóżeczka. A to już jakieś światełko w tunelu.

 

No i tata potem zasypia i już nie słyszy płaczęcej małpki, więc idzie po nią mama i małpka ląduje w łóżku rodziców. A zaraz potem przychodzi kolejna małpka, i kolejna, a potem jeszcze jedna i zaczynają w naszym łóżku prowadzić poważne rozmowy. Wtedy tata się budzi i zmęczonym głosem prosi, żeby się małpki przeniosły w inne miejsce, bo “tu ludzie śpią”. Ale nawet trzyletni Stasiek wie, że “nie ludzie, tylko ludź. Jeden ludź”. I tata nie ma nic do gadania, bo w naszym domu jest demokracja i rządzi większość. Wyobraźcie sobie więc, jaką ja mam w nim pozycję.

 

 

18 marca

My już po naleśnikach. Wszystkie zniknęły ze stołu. Za kilka lat będę chyba musiała robić je z czterech porcji. A kiedyś, kiedy moje małpki będą ze swoimi małpkami przyjeżdżać na weekendowe śniadania, pewnie będę je smażyć dzień wcześniej. Myślałby kto, że życie wielodzietnej rodziny nie jest fajne. No jest. Zwłaszcza kiedy dwie małe małpki budzą cię przez cały tydzień o 4.30, a starszych z łóżek o 7 zedrzeć nie możesz. A w weekend zamiana – kiedy maluchy śpią, starsi o 5.30 krzyczą, że głodni. W tej sytuacj może dobrze, że (jak twierdzi mój mąż) mam sklerozę i szybko zapominam, co nienajłatwiejsze. 

.

Taki dialog nam się dziś rano udał:

– Nosz… znowu nie ma pędzelka do smarowania patelni. Pewnie wywlekli gdzieś i teraz leży za ich łóżkiem albo w innym miejscu, w którym znajdziemy go za miesiąc – mówię niewyspaniem wkurzona ja.

– A wiesz, że chyba widziałem go ostatnio? – Mówi mój mąż, zdejmując z lodówki rzeczony pędzelek.

– Kto go tam włożył?!

– Pewnie ty, tylko nie pamiętasz, bo trochę masz tak jakby sklerozę.

– Na serio nie boisz się takich rzeczy do mnie mówić?

– Przecież jutro zapomnisz…

 

magdatomkowicz

 

14 marca

Kawa na tarasie. Choćby kwiaty w wazonie przywiędły. To nic. To słońce wyczekane. Lekarstwo na smutki i smutków gorzkie następstwa. Niby nic takiego, a gęsia skórka nie z zimna i motyle w brzuchu, bo zakochanie w Tobie uderza we mnie wiosną, jak uśpiona mądrość. Obuchem po głowie. I czekoladką, którą mi kupiłeś, by potem nie móc jej znaleźć w setkach kieszeni, które tak lubisz. Wiosna mi w uszach szumi. Nie potrzebuje wina, by krew zmącić i myśli roześmiać. A kurzu w domu nie widzę. Bo to nie w moim stylu. Na kurz nagle dobrze widoczny patrzeć. Zamiast tego, patrzę pod słońce. I kawę najlepszą na świecie piję.

 

13 marca

Nie moglibyśmy się bardziej różnić. Nie moglibyśmy bardziej do siebie pasować.

 

12 marca

Uśmiechnięta czasem niespodziewanie spędzonym z tymi, za którymi tęsknię najbardziej na świecie, patrzę na tych, za którymi pewnie tęsknić będę jeszcze bardziej. I to szybciej jeszcze niż mi się wydaje. Bo czas przyspiesza, kiedy masz dzieci. Nie jest to może naukowo udowodnione, ale przysięgam, że przyspiesza. Patrzę na te ich idealne, śpiące buzie i śmiać mi się chce z momentów, kiedy wyprowadzają mnie z równowagi. Jakie one nieważne teraz, jak odległe. Bardziej niż Ci, którzy zaraz powinni zadzwonić, że dojechali. Znacznie bardziej, bo ich mam cały czas w żyłach. Płyną mi z krwią jak dzieciństwo i wszystko inne, co przeżyłam i co mnie taką, jaka jestem teraz, ukształtowało. A te chwile niełatwe? Ich już nie pamiętam. Niewarte są wspominania. Śmiać się z nich tylko można, jak z nieszkodliwej głupoty własnej. Albo z wyszeptanego do twojego śpiącego jeszcze ucha pytania: “mamo, zrobisz mi masło z bułkiem?”

 

 

11 marca

Ten moment, kiedy słyszysz dzwonek do drzwi. Twój syn biegne otworzyć. I krzyczy: “Wujek!”. A ty się śmiejesz z jego kiepskiego żartu, bo wiesz dobrze, że to nie może być prawda. A potem On krzyczy: “NAPRAWDĘ wujek!!!” I zbiegasz ze schodów, potykając się o własne nogi. A w drzwiach stoi twój BRAT i się śmieje. Przejechał ponad 500 kilometrów, by zrobić ci niespodziankę. I masz łzy w oczach. A wtedy zauważasz za Jego plecami swoją mamę, której od świąt nie widziałaś. I już całkiem ryczysz. Jak głupia z tej radości ryczysz.

 

magdatomkowicz

 

10 marca

Był trudną decyzją. Nie dlatego, że nie chciałam, bo chciałam bardzo, ale wiedziałam, że będzie ciężko. I jest, czasem jest. Bo został bez nas tylko raz, kiedy pojechaliśmy na narty parę lat temu. A potem przez rok, gdy odwiedzaliśmy teściową, u której wtedy mieszkał, biegł do drzwi, ilekroć ktoś z nas wstawał od stołu czy wychodził z pokoju. Żebyśmy go więcej nie zostawiali. Choć przecież dobrze mu było. Tyle smakołyków, co wtedy, nie dostał nigdy. A labradory smakołyki lubią najbardziej na świecie. A może jednak nie? Jeździ więc wszędzie z nami. Kawał Europy zwiedził. A my wiemy, że najlepsze plaże dla psów są w Chorwacji, a do Paryża lepiej się z psem nie wybierać.

 

Stefan. Swój, choć pewnie myśli, że nasz, bo jak czarny cień za nami chodzi. Chyba, że wpadnie na trop w lesie. Wtedy go nie ma. Ale tak maks 15 minut, choć ja zdążę się już zdenerwować. Może jednak trochę nasz. Z Warty go raz wyciągałam, kiedy szczenięciem będąc, z lodu się ześliznął. I te oczy wystraszone, w których błagania o pomoc było tyle, że nie mogłam się na tym lodzie nie położyć i trzęsącymi rękamu nie wytargać go stamtąd. Te oczy zawsze będą już ze mną. Bo głupoty własnej, przez którą mógł zginąć, się nie zapomina.

 

Nasz. Wiecznie szukający okruchów pod stołem. Siadający obok tego, kto go z łyżeczki własnej karmić będzie, przynajmniej dopóki rodzice nie zauważą. Zjadł nam puchową kołdrę i pled patchworkowy, który szyłam dwa miesięce. Ale ani jednej pary butów, choć znosi je uparcie na swój ulubiony fotel, kiedy zostaje na chwilę sam. I tak leży na tych naszych butach, dopóki nie wrócimy. A jak jesteśmy, to chodzi za nami krok w krok, chociaż nikt mu przecież nie każe. I wszyscy się o niego potykamy.

 

Trudną był decyzją. Jedną z najlepszych, jakie podjęliśmy.

 

 

8 marca

Najbardziej lubię te nasze śniadania weekendowe. Ale zaraz potem lubię te w ciszy zjedzone, w tygodniu. Czasem nawet uda się, że niespiesznie. Czasem zbyt późno, bo wcześniej czasu nie było. Czasem się uda, że razem i wtedy jest najlepiej. I wtedy te śniadania dają siłę, by tymi pierwszymi z całym ich chaosem i zamieszaniem w pełni się cieszyć.

 

 

7 marca

Gdyby miłość dało się opisać, byłaby jak Ty i ja. Jak Oni. Byłaby jak te dzieciaki, które wczoraj widziałam pod sklepem. Przytuleni do siebie z tą pewnością, że to na zawsze. Choć nikt z nas tego nie wie. Może tylko ci staruszkowie, którzy w oczach mają młodzieńczy błysk, bo donieśli w trzęsących się dłoniach to, co do mety udaje się donieść tak niewielu. Bo przez lata nie dali się zwieść, że u innego boku piękniej i ciekawiej. Bo wiedzieli, że miłość się zmienia. Ci szczęściarze, którym los dał szansę na miłość. A oni tę szansę wykorzystali. Obydwoje. Na siebie nawzajem.

 

magdatomkowicz

 

6 marca

Poniedziałkowe poranki to u nas włoskie sceny z życia głośnej rodziny. Dzieci wciąż weekendowe. My bardziej niż zwykle niewyspani. Ja pokrzykuję, że już czas wychodzić. Oni że on nie ma zadania domowego albo że owsianka za ciepła. Tata się goli z dwiema małpkami uwieszonymi nogawek jego spodni i próbującymi wejść do umywalki. Ja jedną ręką maluję rzęsy, drugą łapię spadający talerz. Niczym gwiazdę, do której trzeba wypwiedzieć życzenie. Mówię więc: żeby tak nam było jak najdłużej.

 

 

4 marca

Słońce prześwietliło myśli i wszystkie zimowe problemy stały się jedną, zamazaną smugą. Niczym artystyczna nostalgia duszy. A tu przecież czeka realny świat. I tyle energii do działania, że nie ma czasu zastanawiać się, co by było gdyby. Mamy dziś pierwszy ciepły wieczór, Kochani. Siedzę na naszym tarasie w nowy daszek zaopatrzonym i szczęśliwieję. I tego Wam dziś życzę: szczęśliwiejcie od wiosny, i od siebie nawzajem. Zostawcie choć na chwilę ciemne zakamarki i pozwólcie słońcu prześwietlić wszystkie negatywy. Niech staną się zamazanym wspomnieniem.

 

 

4 marca

Te poranki, kiedy nawet spieszyć się można niespiesznie lubię najbardziej. Stasiek upiekł dziś ze mną babeczki cebulowo-serowe, których zapach wciąż unosi się w domu. Zapach domu. Zapach, który spakują kiedyś do walizek i będą starać się odtworzyć gdziekolwiek życie, wyobraźnia i odwaga ich zaprowadzą. Może kilka ulic stąd. Może na końcu świata. Ten zapach zawsze będzie zapachem domu. Tak jak zapach wanilii i kardamonu. Ziemi po deszczu i naszego lasu latem. To ich korzenie. Niech pomogą im rozwinąć skrzydła. By latali wysoko. I czasem zahaczali o ten nasz dom, w którym mam nadzieję, jeszcze długie lata będziemy na nich razem czekać.

 

 

2 marca

Miałam dziś w planach napisać tekst automotywujący, bo widzę, że znów zaczynam samą siebie ograniczać. Zamykam się w bezpieczeństwie mojej strefy komfortu i ani myślę nosa wyściubiać, bo na zewnątrz znów ulewa. Posta nie napisałam, granic nie przekroczyłam, ale żeby nie było, że dzień całkiem do spisania na straty – przytuliłam dziś swoje najmłodsze dziecko jakieś 50 tysięcy razy. A kiedy spało, ja nie spałam, tylko myślałam. Trochę bez sensu, bo z myślenia jak zwykle nic nie wyszło. Powinnam była się przespać. Mądra matka po źle wykorzystanej drzemce dziecka. Ale jak żyć, kiedy na życie ma się pół godziny dziennie?

 

 

1 marca

Gustaw postawił wczoraj swój pierwszy samodzielny krok. A przecież tak niedawno śniło mi się, że będę miała synka o imieniu Krzyś. Nasze pierwsze dziecko. Tymczasem za miesiąc Gutek skończy rok, za niecałe dwa Krzyś 9. Na wakacjach Wiktor stanie się ośmiolatkiem, a potem Stasiek czterolatkiem. A w międzyczasie my. Wciąż piękni, prawie dwudziestoletni, z siwiejącymi włosami i zmarszczkami od śmiechu. Niech nam ich przybywa jak najwięcej. Niech dobrym życiem malują nam twarze. I przypominają o chwilach, które przyczyniły się do ich powstania. Niech będą tylko nam znaną opowieścią o radości. I szczęściu.

 

magdatomkowicz

 

28 lutego

W domu, w którym cisza to największy rarytas, wieczory to jedyny czas, kiedy myśli mogą swobodnie płynąć. Nie przerywane ciągłym: “mamo, daj jeść” i “on mnie walnął”. Nie zagłuszane dzikimi krzykami wojujących Indian, kowbojów czy piratów. Nie zawracane na zupełnie inne tory przez setki pytań “dlaczego” “po co” i “skąd się bierze”. Nie ignorowane w obliczu kolejnej katastrofy, bo wieczorami katastrofy się zwykle nie dzieją. Wieczorami mogą wreszcie dziać się myśli. A one, uparcie, wracają do tych, którzy nie pozwalają im zaistnieć w ciągu dnia. Bo może powinnam inaczej rozwiązać ten problem. I czy ta sytuacja nie była dla nich zbyt stresująca. Czy na pewno ten dzień nie przyniósł im smuteczków. I czy mogłam być bardziej cierpliwa. Myśli nieustannie płyną do nich. Nawet, kiedy próbuję medytować, co chwilę łapię się na tym, że zamiast uwolnić umysł, zasypuję go pytaniami, czy dobrze im w nowej szkole i czym ich zaskoczyć w weekend. I tak już będzie zawsze – mówią do mnie zrezygnowane myśli, kiedy zawracam je po raz setny na właściwe tory. Tak już będzie zawsze.

 

 

27 lutego

Natura wciąż daje nam możliwość zaczynania od nowa. W każde urodziny, Nowy Rok, w każdy poniedziałek. Codziennie – kiedy budzimy się rano i przecieramy zaspane oczy, by zobaczyć, czy szklanka jest do połowy pełna czy czy do połowy pusta. Z każdym przełamaniem się, wyjściem poza strefę komfortu. Łapmy te szanse na drobne zmiany. Życie to rozwój. A każdy nowy dzień to nowy początek i jednocześnie kontynuacja tego, z czego się składamy – naszej historii. Piszmy ją dobrze i odważnie.

 

 

26 lutego

Weekend nam się skończył i jak w każdą niedzielę po cichu proszę los, by kolejny tydzień był tak samo dla nas łaskawy i nie chciał uczyć mądrości życiowej. Obiecuję w zamian sumiennie odrabiać lekcje ze szczęścia prostego. Byle się tylko jutro obudzić i przy przepychankach chłopaków robić śniadanie. A potem powoli realizować własny, mało spektakularny plan na życie. To właśnie moje chodzenie po księżycu i łapanie za ogon spadającej gwiazdy – to odkładanie na później sprawdzianu ze zrozumienia głębszego sensu kruchości życia i innych rzeczy, z którymi żadnym buntem człowiek jeszcze nie wygrał. Jak spokoju szczyptę mieć w sobie i cieszyć się z małych rzeczy ucz mnie losie. I pozwól jak najdłużej wierzyć, że na inne rzeczy mam jeszcze czas.

 

magdatomkowicz

 

26 lutego

Uwielbiam takie dni. Dni, kiedy wstaję i wiem, że to będzie dobry czas. Kiedy czuję wewnętrzną równowagę, której czasem mi brakuje. Dni, kiedy mam robić naleśniki, bo przecież niedziela, a nie ma połowy składników – ale to nic nie szkodzi, wystarczy wyskoczyć do sklepu. I nawet ulubiony magazyn o modzie można sobie kupić. Albo uśmiechnąć się do kasjerki, która najwyraźniej dobrego dnia nie ma. Wiem jak to jest i cieszę się jak głupia, kiedy jej twarz rozjaśnia się w odpowiedzi. Tak jakby ten jeden uśmiech ważył tyle, że jest w stanie przeważyć szalę czyjegoś samopoczucia na tę lepszą stronę. Nawet jeśli tylko na pół sekundy. Z takich mikrosekund składają się przecież dni. Minuta po minucie tworzymy wspomnienia. Niech te z dzisiejszego dnia będą dobre.

 

23 lutego

Kiedyś pewna “życzliwa” mama powiedziała, że mi współczuje braku córki, bo przy czterech chłopakach pewnie muszę schować do kieszeni kobiecość. Od tamtej pory zastanawiam się czasem, czym ta kobiecość jest. Na pewno ma duży związek z fizycznością, ale dla mnie to przede wszystkim delikatność myśli, szczególna wrażliwość na krzywdę i piękno. Empatia. I siła. Ta nadludzka czasem siła, dzięki której to kobiety trwają nawet wtedy, gdy niektórzy twardzi mężczyźni się wykruszają. Mam nadzieję, że uda mi się trochę tej siły zaszczepić chłopcom. Siły i wrażliwości. Żeby nie byli twardzielami, którzy boją się odpowiedzialności, ale by byli w swojej sile niezłomni i wrażliwi w kontaktach z drugim człowiekiem. Bo to dziś rzadka umiejętność – obchodzić się z cudzymi uczuciami w taki sposób, jak chcielibyśmy, by obchodzono się z naszymi.

 

 

21 lutego

Słów kilka o tym, dlaczego jestem nieidealną mamą.

 

  1. Stosuję szalenie niewychowawcze metody wychowawcze. Przykład? Rymowanki, którymi raczę chłopców są niepoprawne pod każdym względem: “chyba się wina napiję, bez wina dziś nie przeżyję. Tak mi dajecie w kość, że całkiem mam już dość” albo: “idźcie wreszcie do szkoły harować jak dzikie woły. Gdybyście wreszcie wyszli, słyszałabym własne myśli”. Chłopców one oczywiście szalenie bawią, więc wymyślam kolejne, bo wywołać uśmiech na ich twarzach – to prawie jak dobrze wychować. No, może nie do końca, ale sprawia mi to większą radość niż lśniący dom, a ten jest od 9 lat moim niespełnionym marzeniem, więc sami rozumiecie – muszę.

 

  1. Moje dzieci wiecznie chodzą brudne, pomimo mojego tłumaczenia, że kto się sam nie umyje, temu wyszoruję szyję. Latem, kiedy jesteśmy w naszej dziczy, oglądają się za nami tubylcy, bo moje dzieci są najbrudniejsze w całej wsi, wiecznie biegają boso, zdzierają kolana, wdrapując się na drzewa i robią dziury w spodniach, budując szałasy. A ja się temu z lubością przyglądam i nie budzę na mycie, kiedy padną przy ognisku.

 

  1. Ku zgorszeniu wszelkiej maści pedagogów, nie stosuję kar. Stosuję za to konsekwencję, a że bywam niekonsekwentna, to wyobraźcie sobie, kto komu wchodzi na głowę. Do tego nie odrabiam z dziećmi zadań domowych i nie mam pojęcia, kiedy piszą sprawdziany, nie interesują mnie też ich oceny, więc jestem spełnieniem koszmarów sennych większości nauczycieli. Tym bardziej, że szalenie interesuje mnie, czego ciekawego chłopcy się w szkole uczą i jak potrafią tę wiedzę wykorzystać w życiu.

 

Takich grzechów na sumieniu mam sporo, więc jak widzicie, jestem szalenie nieidealna, ale dziś mój syn numer dwa powiedział mi, że mnie nie tylko kocha, ale wręcz lubi, choć jest na mnie zły za to, że mu zgubiłam rodzynki w czekoladzie. Tak, zdarza mi się też kłamać i bardzo się tego wstydzę.

 

magdatomkowicz

 

19 lutego

Chciałabym, żeby zapamiętali te nasze weekendowe śniadania. To “mamo, już gotowe?” i “daj polizać łyżkę”. Chciałabym, żeby byli kiedyś silni moją energią, którą wkładam w to, żeby wstać po szóstej, bo przecież normalni ludzie śpią w niedzielę dłużej. I tą miłością, bez której pewnie by mi się nie chciało z potrójnej porcji ciasta racuchów smażyć i kilograma jabłek obierać. Tymi chwilami, w których beztroska miesza się z radością na widok góry smakołyków i ślinka cieknie, bo głód jest najlepszą przyprawą. Chciałabym, żeby zapamiętali nasze gry słowne i rymowanki. I żeby sami kiedyś potrafili tak rozśmieszać swoje dzieci, jak mnie czasem udaje się rozśmieszyć ich. Może one kiedyś też będą wykrzykiwać: “kto nie siedzi w spokoju, idzie do pokoju” albo “podaj masło proszę, już tu jajo znoszę – od tego czekania i Staśka paplania”. Kto wie? Historia przecież lubi się powtarzać.

 

17 lutego

Napisz do mnie list miłosny. O zapachu chleba pieczonego o pierwszej w nocy. O dotyku pod stołem podczas ważnego spotkania. I wiadomości, że już dojechałeś na miejsce, żebym spała spokojnie. O miejscu przy stole, z którego widzę Twój uśmiech. I stresie, który bierzesz na siebie, żeby mnie oszczędzić. O powrotach z pracy po czasie, żeby na wszystko starczyło. I o smaku najzwyklejszego makaronu. Zjedzonego powoli. W samym środku pośpiechu dnia.

 

 

16 lutego

Przez wszystkie przypadki odmieniam Cię całymi dniami. Znam każdy Twój uśmiech. I łzę buziakiem otartą. Śpij już, Synku. I niech Ci się śnią sny, z których do rana nie będziesz chciał się budzić, by ćwiczyć na mnie miny numer pięć i dwanaście. Niech do jutra poczekają, dobrze im to zrobi. Jak mnie kilka godzin spokojnego snu.

 

 

16 lutego

Czwartku, przynieś mi proszę pół szklanki radości. Tę pełną połowę. Żeby różowe okulary trzymały mi się na nosie, a rozsądek podpowiadał, kiedy nie brać życiowych zakrętów z pełną szybkością, by krzywdy sobie i innym nie zrobić. Naucz mnie, czwartku, zwalniać. Z pokorą tempo zmian przyjmować. I nie czekać na już. Cieszyć się drogą.

 

magdatomkowicz

 

15 lutego

Ja wiem, że idzie luty, kuj buty, ale wiosno, przyjdź. Odkurz myśli, co to je pajęczyna zimowego letargu osnuła. Przewietrz płuca smogiem śnięte i zszarzałe pomaluj rumieńcem policzki. Piegami obsyp i spraw, by wszędzie nieśpiesznie chciało mi się biec. To twoja specjalność przecież. Zieloność siać w głowach i w sercach. Młodością ruchy tchnąć, by sprężystość dawną odzyskały. I zmarszczki od śmiechu pogłębić. Niech nam czas dobrze płynie.

 

 

14 lutego

Nie pójdziemy dziś na randkę. Zjemy razem kolację. Jak co wieczór. A kiedy dzieci zasną, jak co wieczór usiądziemy tylko we dwoje. Może napijemy się wina. Może obejrzymy film. Albo poczytamy. Może tylko, może aż pobędziemy w ciszy lub w rozmowie, zmyjemy ciepłym słowem, dotykiem to, co z dnia zostało i męczy sumienie lub przestrzeń w myślach zabiera.

 

Na codzienność mnie kochaj i bierz ze złym humorem i fochem, którego nie potrafię czasem opanować. Na codzienność. Na ręka w rękę, kiedy trzeba wstać po raz setny w nocy i zapomnieć, co to ja. Kiedy od święta to się człowiek pokłóci. A na co dzień pokocha. By dobrem się karmić, a na złe wspierać. I uśmiechem malować usta. Od pocałunków czerwone.

 

 

14 lutego

Miłość codzienna. Zwyczajna jak owsianka, zjadana kiedy jeszcze ciemno i nie ma czasu na dekoracje. Bo dzieci do szkoły trzeba zawieźć. I pracy czeka tyle, że nie wiadomo, w co ręce włożyć. I ten pocałunek w przelocie, który smakuje najlepiej, skradziony właśnie wtedy, kiedy emocje zaczynają wrzeć, bo zegarek znów pokazuje ten nasz wieczny niedoczas. To spojrzenie w lusterku samochodu – spotkane, kiedy dookoła wrzaski i krzyki. Bo, mamo, on mi zabrał. To muśnięcie dłoni, które przypomina, że my to wciąż my. Te dzieciaki, co o zakochaniu wiedzą tyle, co my wiemy o miłości. Że jest jak owsianka. Codzienna.

 

 

13 lutego

Czasem jedna decyzja to jakby życie patykiem zakręcić. I zamiast z nurtem walczyć, znaleźć prąd, z którym chce się płynąć. By sił starczyło na latanie.

 

 

10 lutego

Kiedyś, dawno temu, w zamierzchłych czasach innej ery, kiedy byłam panią swojego czasu, poszłam pobiegać do Central Parku. Tamtego dnia po raz pierwszy poczułam, że nie jestem już sama. I tym razem przeczucie graniczyło z pewnością. Kiedy teraz moim największym marzeniem jest wypicie w samotności kawy, przypominam sobie, jak długo na NICH czekałam. I już mi nie przeszkadza nawet to, że Stasiek największy ubaw ma wtedy, kiedy “przypadkiem”, podczas dmuchania, do tej kawy mi napluje.

 

 

10 lutego

“Mamo, wstajesz czy już cię całkiem wykończyliśmy?” Zapytał o ósmej mój syn numer dwa. Poczucie humoru po mamie.

 

magdatomkowicz

 

9 lutego

Zrobiłam dziś trzy prania. Dwa obiady. Jeden deser. Cztery kawy. Dwadzieścia kilometrów samochodem. Jeden koślawy makijaż. Zero rzeczy, które koniecznie miałam zrobić. Pięć zdjęć, w tym jedno sufitu, bo mnie Gustaw za rękę pociągnął. Przeczytałam trzy książki (dla dzieci). Ułożyłam setki klocków lego i drewnianych torów, po których można dojechać aż/tylko do krainy wyobraźni. Pięć razy rozbawiłam dwóch małych chłopców i drugie tyle razy dużych. Przytulanie, łaskotanie i całusy nie do policzenia. Tak samo momenty, kiedy myślałam, że ich wystawię za drzwi, jeśli nie przestaną się bić. I że nie da się kochać bardziej. Czas nam uciekł na zabawie i kłótniach, na rymowankach i gadaniu o głupotach. Czas, którego nie odzyskam. I którego za nic bym nie zamieniła na ten lepiej wykorzystany.

 

 

6 lutego

Kolejny szary dzień nam mija. Owinięta w wełniany sweter omijam senność i myśli bezsłoneczne. Slalomem między kawą a ciepłym kakao. Trzymajcie się, Kochani, ciepło i z dala od melancholii, która przez szpary w oknach wpada i po domu hula jak gość nieproszony. Niech nam będzie raźniej od bycia razem. Z tymi, którzy nam życie upiększają. I czasem kwiat słoneczny w środku zimy przyniosą. By zasiać w sercu wiosnę.

 

 

4 lutego

Zamknąć czas w torebce i gdy świat zaboli, wyciągnąć z niej najpiękniejsze chwile. By ukoić myśli o rzeczach, na które i tak nie mamy wpływu.

 

 

4 lutego

Kiedyś znalazłam Krzysia śpiącego prawie na stojąco – wrócił z ogrodu i w zimowej kurtce, czapce, oblepiony śniegiem jak człowiek północy, oparł głowę na fotelu. I zasnął. A ja, odkąd się pojawili, budzę się na każde kaszlnięcie, każde mocniejsze skrzypnięcie łóżeczka i wypowiedziane prawie przez sen, wybudzone w środku nocy “chcę do mamy”.

 

 

3 lutego

Gdzieś pomiędzy uśmiechem a dobrym słowem. Nie zawsze łatwym porankiem i trudnym wieczorem. Przy odrobinie płaczu i dużej dawce śmiechu. Kiedy już nam się wydaje, że mamy dosyć, a potem zdajemy sobie sprawę, że to dosyć to dosyć dobre życie. Odmieniane przez najlepsze. Kiedy wszyscy zdrowi i jedzą razem obiad. A pod stołem pies czeka na okruchy. Miłości.

 

magdatomkowicz

 

2 lutego

Zjadłam wielki kawał jeszcze zanim przyjechali. To z tej głupiej tęsknoty. A kiedyś… Kiedyś będę chyba musiała piec serniki codziennie, żeby chcieli czasem wrócić. Na pół godziny, pięć minut – tyle, ile trzeba, by wypić łyk herbaty. I biec dalej. Do swoich spraw. Posprzątałam im w pokoju. Pościeliłam łóżka. I czekam. Niecierpliwie. Bo jeszcze nieopierzona ta moja matczyna tęsknota. Jeszcze nie gotowa na większe testy. Niech już wracają. Do swoich łóżek. Na swoje miejsca przy stole. Uczę się tęsknić mądrze. I śmiać się do słuchawki, kiedy mówią, że nie chcą jeszcze wracać. Na pięć minut ich mamy. Zanim odlecą w świat. I za nic nie jestem tak wdzięczna, jak za te pięć minut.

 

 

29 stycznia

Zdecydowanie nie jestem mamą poświęcającą swój świat dla dzieci, żyjącą ich życiem. Mam swoje rytuały, do których należy niedzielna, poranna, długa kąpiel i kawa z mężem. Lubię usiąść z książką. Lubię w spokoju się umalować i słuchać komplementów od moich mężczyzn. Lubię włączyć muzykę, która podoba się właśnie MNIE. Lubię włóczyć się po galeriach sztuki, choć wiem, że ONI wolą muzea archeologiczne czy zoo. Lubię uciec im ze Stefanen podczas spaceru i zatopić się we własnych myślach. Obejrzeć film, który nie podoba się mojemu mężowi, ale dzielnie mi towarzyszy, bo chodzi przecież o to, żeby być razem. Za tydzień to ja będę się nudzić, ale to nic. Nie będzie mi od tego gorzej. Bo nudzić też można się z miłością.

 

 

25 stycznia

Miłość – kiedy wstajesz o szóstej i czujesz zapach świeżego chleba, a potem ON mówi Ci, że nie spał do pierwszej, żebyśmy mieli na rano.

 

Dobranoc. Śpijcie dobrze, śnijcie pięknie. I żyjcie z miłością.

 

magdatomkowicz

 

 

 

Magda T.

  • Lil

    Czytam na raty, bo moje Małpki śpią na przemian i wzruszam się z każdym zdaniem.
    Piękne macie wspomnienia.

    Twój Syn ma lekkie pióro po Mamie.

    Ciekawi mnie, co Chłopcy teraz czytają, my na początku drogi , ale do biblioteki już w gondoli jeździli ;)

    July 2, 2017 at 8:26 am Reply

Leave a Comment