to top

Tak rodzi się dzielność

magdatomkowicz

Bardziej niż zwykle podszyte to lato melancholią. Mówię sobie, że to przez pogodę, ale inny wewnętrzny głos podpowiada, że to świadomość nadchodzących zmian, które wczoraj wydawały się zbyt odległe, by sens było o nich myśleć, a dziś stoją pod drzwiami i zaglądają przez okna do naszego życia. Mali. Duzi. I jakby nic pomiędzy. Jednego dnia nosisz i karmisz. Następnego idziesz do kuchni zrobić ciasto na naleśniki, a kiedy kończysz, Oni siedzą w pociągu i machają ci na pożegnanie. Bo świat czeka, świat wzywa. A ty widzisz, bardzo wyraźnie widzisz scenę z przyszłości, kiedy na tym samym peronie, na lotnisku, na podjeździe przed domem, gdzieś w Poznaniu lub w Barcelonie, będziesz Ich przytulać albo raczej Oni będą przytulać ciebie, bo wtedy będą o głowę od ciebie wyżsi. I znów będą ruszać w świat. A ty wcale nie będziesz na to lepiej przygotowana niż teraz.

 

I myślisz sobie, że nie ma co o się wkręcać, ale doskonale wiesz, że urodzili się przedwczoraj, więc pojutrze przyjdzie szybciej niż ci się wydaje. I cieszysz się na to. Naprawdę potrafisz się na to cieszyć. Tylko jest ci żal, że to, co było, nie wróci, choć niektóre chwile tak bardzo chciałabyś schować do torebki, by móc wyciągnąć je kiedyś i przeżyć jeszcze raz. I wiesz dobrze, że szlag właśnie trafia twoje postanowienie, żeby być tu i teraz, być uważnym na to, co jest, ale nie bardzo wiesz, jak odzyskać kontrolę nad emocjami. One się w tobie gotują, jak woda na jajka, które robiłaś Im na śniadanie. Bo teraz jesteś w tym, co było i w tym, co będzie.

 

I stąd bierze się ta melancholia, mówisz sobie. Nie jesteś w stanie zostawić za sobą dnia wczorajszego, bo on wciąż kołacze ci się w głowie cichym: “chcę się przytulić do mamy”. Ani jutrzejszego, bo on woła: “rosną szybciej niż przewidywałaś, nie jesteś na to gotowa.” A ty czasu nie zatrzymasz. Nie zatrzymasz też Ich. Ich ciekawości świata i radości z odkrywania i przekraczania granic. I doskonale wiesz, że nawet, gdybyś mogła Ich zatrzymać, nie zrobiłabyś tego. Bo chcesz, żeby Oni szli do przodu. Bez obciążeń. Bez twojego strachu. Odważniej i pewniej niż ty kiedyś. Chcesz być dla nich trampoliną, a nie szklanym sufitem, który będą starali się przebić wbrew twojemu oporowi. Nie chcesz być taką matką.

 

Bardziej niż zwykle podszyte to lato melancholią. Kiedy dzwonią, chwytasz Ich słowa, przetwarzasz w głowie opowieści o lesie i wielkich odkryciach, o wężu, którego znaleźli i kąpaniu się w jeziorze. I martwisz się, bo może być burza. Bo może im na głowy nakapać, przecież namioty harcerskie stare i połatane. Bo znajoma powiedziała, jak zwykle z podtekstem, że w życiu by nie puściła dzieci na taki obóz, przecież nie wiadomo, co tam się dzieje. I jak zwykle zła jesteś na siebie, że z nią rozmawiałaś, bo milion razy obiecywałaś sobie, że z nią nie będziesz. Ale tego też już nie cofniesz. Za to martwisz się o te kilka niepotrzebnych słów bardziej. Bo to olbrzymia odpowiedzialność – podejmować decyzje dotyczące życia tych, których kochasz bardziej niż siebie. Bo to olbrzymia odpowiedzialność – wychowywać dzieci. Kiedy sama czujesz, że jeszcze nie dorosłaś i masz poważne obawy, że to się może nigdy nie zmienić.

 

I wiesz, że bezpieczniej byłoby trzymać Ich w domu, jeździć raz w roku gdzieś do hotelu z basenem zamiast morza, a do lasu nie wchodzić, bo tam kleszcze. Nie wiem, chłopcy kleszcze przynieśli ze szkoły w centrum miasta. Może do szkoły też nie powinnaś Ich puszczać. Gdzie jest ta magiczna, rozsądna granica ryzyka? Może tuż za progiem? Może dobrze byłoby tak po prostu nie ryzykować, nie rzucać na głęboką wodę, pilnować, by zawsze mieli czyste paznokcie i koszulki, a na talerzach to, co lubią? Sprawiać wrażenie rodzica idealnego. I tylko nocą zagłuszać wyrzuty sumienia, które i tak przecież zagłuszasz. Tylko nieco inne. Bezpieczniej by było. Łatwiej.

 

Sączysz tę melancholię razem z kawą i myślisz sobie, że może za rok nie będą chcieli jechać. A potem gryziesz się w język, bo wiesz, że wcale byś tego nie chciała. Chcesz, by oni chcieli. A jeśli nie będą chcieli, też dobrze, byle była to ich decyzja, a nie odbicie twojego strachu.

 

I przypominasz sobie, co o martwieniu się powiedział Dalai Lama: „jeśli problem jest do rozwiązania i możesz coś zrobić, nie ma potrzeby by się martwić. Jeśli nie jest możliwy do rozwiązania, martwienie się nie pomoże.” I chowasz na chwilę strach do kieszeni. Bo przecież problemu jeszcze nawet nie ma. Poza tym, który tworzysz w swojej głowie.

 

I myślisz o tym, co tu i teraz. Tu i teraz. Gustaw. Ty. Wasze kroki na chodniku.

 

Tam i teraz. Leśna polana. Jedzenie z menażek. A nocą gwiazdy nad głowami.

 

Dzwonili przed chwilą. Tęsknią. “Wsiąść w samochód? Przyjechać dziś?” “Nie, jutro wystarczy”. Tak rodzi się dzielność, myślisz sobie. Ich, twoja, wasza wspólna. Bo na razie to wasze wspólne przeżycia. Nawet jeśli niektóre dzielicie już teraz na różne światy. Na razie musisz spakować wszystko do walizki, bo jutro rano jedziecie przecież do Nich. Patrzysz na listę, którą zrobiłaś. Nie ma na niej strachu i melancholii. Oddychasz z ulgą i myślisz sobie, że przed wami wspólne budowanie kolejnych wspomnień z tego lata. Z ostatniego lata, kiedy wiek twojego najstarszego syna zapisujesz jedną cyfrą. I tylko jedną cyfrą zapisujesz ilość łez, które spadły na klawiaturę, kiedy to pisałaś. Tak się rodzi dzielność, myślisz sobie. Ich. Twoja. Wasza wspólna.

 

 

 

Magda T.

Leave a Comment