to top

Ociekam lukrem

minimalizm (2)

 

Myślę o sobie i o swoim życiu w tak posłodzonych kategoriach, że dziwię się, że nie mam mentalnej cukrzycy. Może dobrze, że codzienność przełamuje słodycz, bo moje ego miałoby jeszcze większą nadwagę niż na pierwszy rzut oka wygląda.

 

W dodatku wciąż zapominam o uprzedzaniu wszystkich dookoła, że znaleźli się oto w idealnym świecie i powinni się do jego reguł dostosować.

 

Sama też o tym zapominam i tu, a potem jeszcze tam puszczę focha na męża albo wkurzę się na któregoś z chłopaków, albo wyrzucę z siebie garść niewybrednych środków stylistycznych. I cały lukier topi się w rzeczywistości.

 

Ale potem, kiedy dzieci idą spać, a ja mogę przytulić się do męża, znów jest idealnie. I jeśli właśnie zabieram się za pisanie, wszystko pokryte jest lukrem. I tak w kółko.

 

A zatem, żeby nie było zbyt słodko, wylewam z siebie trochę goryczy. I wyznaję.

 

 

 

Moje idealne  najmłodsze dziecko mnie bije. Serio. Nie tylko mnie. Bije wszystkich i wszystkim. Najchętniej łyżką, ale grafiką stojąca na stoliku też nie gardzi.

 

Mój idealny pies wciąż kradnie nam jedzenie, a ja w swojej niekompetencji nie potrafię go tego oduczyć – albo raczej oduczyć całej rodziny (łącznie z sobą) zostawiania jedzenia w zasięgu Stefana.

 

Mój idealny mąż zapomniał o moich 30 urodzinach (i o 25). Tak, wiem, że to było 5(!!!) lat temu (serio? Przecież 5 lat temu skończyłam 12 lat! I nikt, NIKT mi nie powiedział, że za 5 lat będę miała 60 – proszę: problemy, problemy, problemy). (Nie, żebym się gniewała o to,  co było 5 lat temu lub będzie za 5 lat, ale niedługo mam urodziny i liczę na to, że w tym roku mój mąż nie zapomni, więc przypominam się w każdy możliwy sposób.)

 

Moja idealna osoba jest mistrzynią narzekania i czarnowidztwa. I bania się. O wszystkich.

 

Kiedyś, tak  na wszelki wypadek, chciałam wszędzie jeździć samochodem z drogimi mi ludźmi. Nie, żebym wierzyła, że moja obecność chroni przed wypadkami, ale bałam się, że zostanę na świecie sama, więc wymyśliłam, że wolę umrzeć razem z tymi, których kocham.

 

Tak, wiem.

 

CHORE!

 

Teraz siłą rzeczy nie jestem w stanie jeździć ze wszystkimi, bo mój świat się pomnożył, więc jeżdżę z mężem i dziećmi.

 

Na wszystkie długie trasy.

 

Serio.

 

Mój mąż pojechał z najstarszym synem do Czech na narty beze mnie raz.

 

Raz.

 

I byliśmy w stałej łączności telefonicznej.

 

Taka kilkugodzinna telekonferencja podczas jazdy krętymi, górskimi drogami.

 

No idealnie to on ze mną nie ma, wiem.

 

Chyba mnie kocha.

 

No musi mnie kochać.

 

Znaleźć takiego faceta to cud.

 

No fantastycznie jest. Dzieci śpią. Mąż mnie kocha. Stefan leży z łbem na moich kolanach. W kuchni syf, ale stąd przecież nie widać.

 

Bajka.

 

A ja w tej bajce jak pączek w maśle. Polany lukrem.

 

 

Magda T.

  • Ruby Soho

    Cudowny tekst! “W kuchni syf, ale stąd przecież nie widać”- ostatnio zaczynam powoli nie dostrzegać tego że w kuchni syf. O wiele więcej czasu mam dla siebie :)
    I wiesz, przeczytałam sobie Twój tekst, jako odskocznię, a właśnie sama piszę.. o perfekcji w blogosferze :)

    April 19, 2015 at 12:15 pm Reply

Leave a Comment