to top

Och, jak kolorowe jest macierzyństwo

yes

 

Są takie dni, kiedy nasz domowy armagedon wchodzi na obroty, których nie ogarniam. Gustaw wrzeszczy na moich rękach. Stasiek wrzeszczy, bo Gustaw wrzeszczy, więc ja muszę Gustawa nosić i nie mogę robić ze Staśkiem xxx – tu można wstawić cokolwiek, żaden powód do wrzasku w takie dni nie jest zły. Wiktor wrzeszczy bo kłóci się z Krzysiem, a w domu jest już tak głośno, że kłótnia jest nieskuteczna, bo jej uczestnicy nie słyszą się nawzajem, jeśli nie wrzeszczą. Krzyś wrzeszczy z tego samego powodu. Ja nie wrzeszczę, choć mam straszną ochotę wrzeszczeć, ale mam tak cichy głos, a to w domu pełnym mężczyzn równa się zerowej sile przebicia, że nie ma sensu wrzeszczeć. Zresztą, w takim hałasie własny wrzask nie pomaga się wyładować, więc  milczę.

 

Staram się liczyć do 100 albo stanąć obok i pomyśleć, że to nawet śmieszne (albo przynajmniej śmieszne by było, gdybym rzeczywiście patrzyła na wszystko z boku).

 

Nie wrzeszczy też Stefan, bo ze swojej natury jest psem, który nie szczeka. Za to Stefan, nasz kochany mistrz suspensu, zaczyna wydawać dziwne, charczące dźwięki i nagle prawie wszystkie wrzaski ustają (bo Gustaw wciąż wrzeszczy), co wbrew pozorom wcale nie zwiastuje niczego dobrego. Bo oto Stefan zaczyna wymiotować.

 

A wtedy…

 

Wtedy  Stasiek koniecznie chce sprawdzić, co on zwymiotował. Wiktor chce sprzątać. Krzyś pyta, z czego składają się wymiociny i czy może zbadać je pod mikroskopem. Gustaw wciąż wrzeszczy – może to i lepiej.

 

A ja wciąż noszę wrzeszczącego Gustawa i staram się stanąć obok, ale na ile to możliwe trochę dalej obok – bo inaczej wyjdę z siebie.

 

Ale nie wychodzę i staję całkiem blisko, bo przecież muszę posprzątać – opcja, żeby sprzątał Wiktor nie wchodzi w grę, podobnie jak inne opcje zaproponowane przez dzieci, co im spokojnie tłumaczę, pomijając milczeniem prawdziwą przyczynę – bo jeśli mama ma na to patrzeć, to sama zwymiotuje, a kto będzie po niej sprzątał, hę?

 

A zatem odkładam Gustawa i idę po przyrządy do sprzątania. A wtedy Stefan, jak to pies, chce zjeść swoje wymiociny i robi się jeszcze bardziej ciekawie, bo znów wszyscy wrzeszczą, a ja mam w gardle nie tylko dzisiejszy obiad, ale i wczorajsze śniadanie. Cudnie.

 

A zatem, tak, są takie chwile w macierzyństwie. I pomimo tego, że nam ostatnio przydarzają się jakby częściej, nie ma dnia, żebym nie czuła się wdzięczna za to, co mam. Za moją rodzinę. Nie ma dnia, żebym nie czuła się szczęśliwa.

 

A zatem, tak, warto. Czasem tak po prostu. Czasem bo. A czasem mimo wszystko.

 

Wszystkiego najlepszego, Mamy Kochane. Życzę Wam jak najwięcej chwil takich jak ta poniżej, czyli macierzyńskiej sielanki (i jak najmniej takich, jak ta powyżej ;))

 

yes

 

 

Magda T.

Leave a Comment