to top

Metoda starter kit w kuchni, czyli jak bez stresu nakarmić rodzinę

magdatomkowicz

Kiedyś, dawno temu, gdy wiedliśmy z mężem bajkowe życie, wypełnione czasem, którego nie docenialiśmy, lubiłam planować posiłki. Lubiłam siadać z książką kucharską i zastanawiać się, co moglibyśmy zjeść na kolację albo co upiec w naszym maleńkim piekarniku, stojącym na maleńkim blacie naszego maleńkiego mieszkania na Fitzjohn’s Avenue.

 

Uwielbiałam te momenty, zwłaszcza jesienią, kiedy kolorowe liście kasztanów zaglądały przez okno – jedyną naprawdę dużą część naszego lokum. Uwielbiałam czuć zapach tych wszystkich potraw i ciast, wyobrażać sobie, jak będą smakować i czy przypadną do gustu mojemu mężowi, choć były to przecież czasy, kiedy mój mąż moim mężem jeszcze nie był, przynajmniej nie w znaczeniu papierologicznym, bo przecież w każdym innym tak. Był to czas, kiedy lubiłam zakupy spożywcze, na które chodziliśmy zwykle razem, niespiesznie przesuwając się pomiędzy alejkami, zaglądając do małych sklepików, których na Hampstead nie brakowało, wypijając po drodze kawę i wstępując na ekologiczne ciastko. To był dobry czas i zastanawiam się czasem, czy wystarczająco go doceniałam.

 

Czas, który jest teraz, doceniam bardzo. Doceniam go doświadczeniem, które mówi, że on za szybko minie, by się nim nie cieszyć, więc cieszę się nim jak dziecko, choć zdecydowanie nie wygląda tak jak ten, który opisałam wyżej. Moje teraz to wieczny niedoczas, to upominanie samej siebie, że muszę zwolnić – z reguły tylko po to, by przypomnieć sobie, że nie mam jak zwolnić. Mój czas to planowanie na zupełnie innym poziomie – ile kilogramów płatków owsianych kupić, by starczyło na tydzień czy dwa i czy daną potrawę da się zrobić w wersji uproszczonej i skróconej – najlepiej do trzech składników i dziesięciu minut. Maks. Samo planowanie też nie może zajmować dużo czasu, a najlepiej, żeby dało się z niego całkiem zrezygnować – może dzięki temu znalazłabym dodatkowe 5 minut na czytanie.

 

I tak, metodą upraszczania i skracania, doszłam do etapu, na którym prawie nie planuję i wreszcie gotuję bez stresu.

 

Do tej pory zwykle bywało tak: planowałam, kupowałam, a kiedy przychodziło do gotowania, okazywało się, że Wiktor zjadł orzechy do ciasta, Krzyś zrobił jajecznicę z jajek, które miały być na tartę, a Stasiek poczęstował się pomidorami na sos. I stawałam przed pełną lodówką, zastanawiając się, czy mam wszystkie składniki na choćby jedną potrawę. Co najmniej, jakbym stawała przed pełną szafą z myślą, że nie mam co na siebie włożyć.

 

Okazało się, że rozwiązanie jest bardzo proste – wystarczy przecież stworzyć STARTER KIT analogiczny do tego, który stworzyłam w swojej szafie (posty na ten temat znajdziecie TUTAJ i TUTAJ).

 

 

ZESTAW BAZOWY w kuchni – z czym się to je

 

Starter kit to po prostu zestaw składników, których spory zapas staram się zawsze mieć w kuchni. To one są na początku każdej listy zakupów. Są moją bazą do przygotowywania posiłków i wiem, że jeśli mam je pod ręką, jestem w stanie bez stresu nakarmić rodzinę, nawet jeśli jestem ze wszystkim spóźniona, nawet jeśli nie mam pomysłu na obiad czy na kolację, nawet jeśli lodówka świeci pustkami – zawsze mam pewność, że COŚ i to coś smacznego i najczęściej w miarę zdrowego, uda mi się szybko przygotować. Większość z moich bazowych składników można długo przechowywać – w formie suchej, mrożonej lub przetworzonej czy zapuszkowanej (tak, wiem, że puszki to samo zło, ale są rzeczy, które w Polsce tylko w takiej postaci są dostępne). Większość z nich mogę użyć do przygotowania różnych potraw, zarówno śniadaniowych, jak i obiadowych czy kolacyjnych.

 

 

STARTER KIT – kuchenna nuda?

 

Zestaw bazowy w szafie to nie to samo, co capsule wardrobe – podobnie zestaw bazowy w kuchni to nie to samo, co gotowanie tej samej potrawy każdego dnia. Nie chodzi o ograniczanie siebie, ale o upraszczanie sobie życia w chwilach, gdy jest to pożądane. Chodzi o to, by wizja ugotowania obiadu dla całej rodziny, która czeka wygłodniała i narzeka, że jeszcze nic nie jest gotowe, nie była dla nas stresująca, niezależnie od tego, czy mamy czas na zrobienie zakupów i czy mamy pomysł na to, co przygotować.

 

Starter kit to ratunek w dni, kiedy wszystko wypada nam z rąk albo się w nich pali, lub kiedy nie wiemy, w co te ręce włożyć i konieczność nakarmienia wszystkich dookoła sprawia, że mamy obłęd w oczach. Jasne, na obiad czasem można zamówić pizzę czy wyjść do restauracji, ale po pierwsze: nie zawsze jest to możliwe, po drugie – ile razy w tygodniu można jeść pizzę? Zdarzają się przecież całe tygodnie, kiedy działamy pod presją, bo praca, bo nie ma na nic czasu, bo z lodówki zniknęły składniki na sos do makaronu, a za godzinę jesteśmy umówieni na spotkanie.

 

Starter kit sprawia, że gotowanie przestaje być stresującym obowiązkiem, bo kiedy mamy wszystko pod kontrolą, łatwiej jest znaleźć czas i energię na kreatywność i testowanie nowych potraw. Jest to też ratunek dla tych, którym planowanie posiłków spędza sen z powiek. I przede wszystkim – jest to idealny sposób na to, by nie marnować jedzenia, bo starter kit powinien być na tyle uniwersalny i elastyczny, by pozwalał na wykorzystanie większości warzyw i owoców lub innych składników o krótkiej dacie przydatności do spożycia, które w danym momencie mamy w domu.

 

Następnym razem pokażę Wam zasadę działania starter kit w praktyce, opowiem o tym, jakie składniki wchodzą w skład mojego zestawu bazowego i co można z nich wyczarować – wbrew pozorom nie jest tych rzeczy wiele, ale wszystkie są na tyle uniwersalne i wszechstronne, by dawać mi poczucie, że zawsze mam co do garnka włożyć. Nawet wtedy, gdy nie mam czasu na zakupy lub gdy zawiodło mnie planowanie, jestem już spóźniona na spotkanie lub brak mi pomysłu, a pięć głodnych par oczu patrzy na mnie błagalnym wzrokiem, który oznacza tylko jedno: obiad musi być na stole w ciągu maksymalnie pół godziny, w przeciwnym wypadku moja rodzina mnie zje.

 

magdatomkowicz

 

Magda T.

  • Moni

    Madziu, Ty wiesz ile razy stajemy przed pełną lodówką i nie wiemy co przyrządzić:) tyle produktów a w głowach pustka…

    October 30, 2017 at 9:29 pm Reply
  • Marta

    Hej Magda, tez coś takiego stosuje ale nigdy tego nie nazwałam. Chętnie poznam Twoje kulinarne know how i usprawnię moją metodę :) Dla mnie super przydatny wpis bo jestem w podobnym momencie w życiu, ale nie mam psa. Pozdrowienia :)

    October 31, 2017 at 5:05 pm Reply
  • Hanna

    To jest odpowiedź na moje „wieczniedręczące” kuchenne dylematy… nie mogę się doczekać kolejnej części – praktycznej, bo ta jest jakby pisana na zamówienie dla mnie dzisiaj. Pozdrawiam ciepło i dziękuję za tak fajne miejsce w sieci!

    November 1, 2017 at 8:36 am Reply
  • Kamila

    Magda super, że napiszesz taki post. Kiedy odkryłam Twój blog to przeczytałam również Twoje wpisy o zakupach, o gotowaniu, o porankach … zresztą przeczytałam prawie cały blog:) Kilka postów to nawet wydrukowałam, żeby na nie spoglądać w wolnej chwili. To te z kategorii miłości do dzieci :) Dlatego cieszę się, że Cię wogóle znalazłam w tym gąszczu internetowym. No i uwielbiam i zazdraszczam pozytywnie jak pięknie umiesz ubierać myśli w słowa. Także czekam na kolejne wskazówki o starter kit w kuchni, bo nawet mając 2 synów czasami też się motam co by tu… nawet jak w lodówce i w szafkach pusto nie jest :) Pozdrawiam ciepło

    November 2, 2017 at 9:03 am Reply

Leave a Comment