to top

Małe kroki #3 Zacznij

magdatomkowicz

Ostatnie dwa tygodnie były dla naszej rodziny trudne. Choroba Krzysia i pobyt w szpitalu postawiły życie do góry nogami i do granic możliwości przetestowały nasze zdolności organizacyjne. Pracę częściowo przekładaliśmy na później, żeby jedno z nas mogło być cały czas z Krzysiem. Na szczęście wszystko udało się w miarę poukładać i dopiero teraz, kiedy życie wraca do normy, czuję ciężar zaległych spraw. I wcale nie jest mi łatwo zacząć od nowa. Bo to przecież zawsze zaczynanie od nowa, prawda?

 

Po każdej dłuższej przerwie część z nas, do której to części ja zdecydowanie się zaliczam, czuje się tak, jakby zaczynała od nowa. Zaległości i odzwyczajenie się od rutyny sprawiają, że w głowie włącza się głos prokrastynatora, który pokazuje palcem na brudne naczynia w zlewie, na zabawki pałętające się pod nogami, na szafę dzieci, w której wciąż wiszą te lekkie, odrobinę już zbyt lekkie na tę pogodę kurtki i każe się tym wszystkim zająć. Zamiast tego, czym naprawdę powinniśmy się w tym czasie zajmować, czyli PRACĄ. A w pracy? W pracy mamy przed sobą kartkę z listą rzeczy do zrobienia, na której tych rzeczy, tych absolutnie najważniejszych rzeczy, jest absolutnie za dużo. Tak dużo, że wewnętrzny prokrastynator stwierdza, że nie ma szans, bo musi zająć się domem albo poćwiczyć, albo ugotować najzdrowszy, trzydaniowy obiad na świecie i nadrobić zaległości na Facebooku. Brzmi znajomo? Ja niestety często odkładam ważne rzeczy na później, jak się zwykle okazuje – tylko po to, by wieczorem dopisać kolejne punkty na listę i następnego dnia mieć jeszcze większe zaległości. A potem siedzieć do późnych godzin w nocy, bo terminy w końcu każdego dopadają.

 

 

Co działa w takich sytuacjach?

 

Przede wszystkim – chowam do szuflady moją przydługą listę rzeczy do zrobienia! Po powrocie do pracy nie mogę być zbyt ambitna, bo w tym momencie ambicja jest największym sprzymierzeńcem mojego wewnętrznego prokrastynatora i jednocześnie najgorszym wrogiem efektywności. Zamiast tego wybieram jedną rzecz, tylko jedną rzecz, którą zajmuję się przez 10 minut. Tak, najczęściej tyle mi wystarczy, by odzyskać choć odrobinę mocy i zamienić 10 minut w godzinę, a godzinę w dwie, by skończyć zadanie i zabrać się za kolejne. Zamiast myśleć o tym, że zrobienie wszystkiego, co mam na liście to minimum kilka dni pracy, zaczynam, robię COŚ, najmniejszą rzecz – to lepsze od odkładania na później. Owszem, za to, czego decyduję się w tej chwili nie robić, prędzej czy później też będę musiała się zabrać, ale nie dojdę do tego, jeśli w ogóle nie zacznę, jeśli wygra mój wewnętrzny prokrastynator, a ten z reguły tryumfuje, kiedy ja czuję się przygnieciona ciężarem i ilością rzeczy do zrobienia. Znajduję wówczas milion arcyważnych spraw, które koniecznie muszę się zająć. Zanim zabiorę się za pracę.

 

A co, jeśli po 10 minutach wciąż nie znajduję w sobie motywacji, by pracować dalej? Wówczas decyduję, że będę pracować kolejne “tylko 10 minut”, że zrobię kolejne “tylko to małe zadanie”. Zaczynam, robię COŚ. Czasem kilka razy pod rząd. Aż w końcu z tych ułamków tworzy się mniej lub bardziej zgrabna całość, która, nawet jeśli nie jest perfekcyjna i nie spełnia całkowicie moich oczekiwań, JEST. Jest zrobiona. I pokazuje mi, że dałam radę. A jeśli dałam radę raz, dam radę po raz kolejny, prawda?

 

Napiszcie koniecznie, jak Wy radzicie sobie z motywacją do pracy po dłuższej przerwie. Zwłaszcza jeśli pracujecie w domu – wtedy chyba jeszcze łatwiej posłuchać wewnętrznego prokrastynatora niż gdy za ścianą siedzi szef, jak myślicie?

magdatomkowicz-signature

 

Magda T.

  • Lil

    Jeszcze nie znalazlam sposobu na tego prokrastynatora, ale podoba mi sie zasada 10 minut.

    September 25, 2017 at 3:18 pm Reply
  • Sylvia

    W pracy potrafię się zorganizować gorzej z nadmiarem obowiązków w domu bo tam nigdy nic się nie kończy. Ostatnio dzielę sobie pracę by codzienne choć pół godziny poświecić na zaległości i zajrzeć w każdy zapomniany kąt. Ograniczyłam zajęcia zewnętrze: powrót z pracy po godzinie 17 i wyruszenie na 18 by poćwiczyć za bardzo mnie stresowało. Zobaczymy jak będzie dalej:)

    September 26, 2017 at 7:54 am Reply
  • paulina

    U mnie też działa, robienie coś, np. z pisaniem, kiedy zacznę pisać choć linijkę tekstu, potem płynie cały. A jakbym odkładała go na później, pewnie w tydzień bym się nie zebrała.

    October 5, 2017 at 3:31 pm Reply

Leave a Comment