to top

Jak schudnąć do ostatniego kilograma i bez efektu jojo

O

 

Macierzyństwo to cała masa plusów. I jeszcze więcej minusów. Oczywiście, kiedy już jesteśmy w tym naszym macierzyństwie utopieni, zwykle widok na minusy przysłaniają częściowo dzieci, które krzyczą nam prosto do ucha i bez żadnych ogródek, że WARTO!!!! Ale nie ma co się łudzić, minusów jest dużo i niewątpliwie dla wielu kobiet jednym z nich jest chociażby kwestia tak przyziemna (ale mająca zdolność wdeptania w ziemię naszej samooceny), jak WAGA (albo raczej NADwaga).

 

I nie chodzi tu wcale o wagę naszych maluchów (choć z obserwacji znajomych mam wiem, że ta też potrafi spędzać sen z powiek). Chodzi o naszą wagę. Naszą kobiecość zamkniętą w ciele. Bo choć wszystkie wiemy, że najważniejsze jest wnętrze, kiedy z tego wnętrza wydostanie się na świat nowy człowiek, chciałybyśmy, aby zeszło z niego także to wszystko, co się podczas ciąży przypałętało. A nie wiem, jak było/jest/będzie w Waszym przypadku, mnie przypałętuje się zawsze dużo. Dużo za dużo. W pierwszej ciąży przytyłam 30 kilo, w drugiej 25, w trzeciej 20, w czwartej znów 30. Z ogonkami, ale lubię zaokrąglać w dół (zwłaszcza w przypadku pierwszej i ostatniej). I tak jak w ciąży mogłam to zaakceptować, tak poza nią, niekoniecznie mam na to ochotę (i niekoniecznie taka akceptacja byłaby dobra dla mojego zdrowia).

 

Wszyscy, którzy mnie znają wiedzą, że lubię być szczupła. Nie ma w tym nic obsesyjnego, ale lubię, po prostu. Lubię czuć się mała, kiedy obejmuje mnie mój mąż. Lubię patrzeć, jak moje dzieci rosną i myśleć, że niedługo mnie przerosną, bo ja WCIĄŻ POZOSTANĘ MAŁA. Jest cała masa innych rzeczy, których w sobie nie lubię i na które nie mam za bardzo wpływu, więc przynajmniej w tym aspekcie staram się żyć ze sobą w zgodzie i tę moją wagę na jako takim poziomie utrzymywać (czyli dokładnie na poziomie 53 kilo).

 

Nie, nie mam potrzeby ciągłego ważenia się czy sprawdzania, ile mam w pasie. Ale mam potrzebę czuć się lekko.

 

A że uwielbiam jeść, nie wchodzą w grę żadne diety odchudzające. W grę wchodzi tylko zdrowe odżywianie, dzięki któremu chudnięcie nie będzie miało skutków ubocznych. Oraz umiarkowany (naprawdę bardzo umiarkowany, codzienny i wprowadzany w życie mimochodem) ruch (ale nie w pierwszym etapie procesu chudnięcia – głównie dlatego, że w moim przypadku przypada ono  na okres po porodzie, a zaraz po cesarce nawet spacer jest ciężki do ogarnięcia).

 

Ponieważ mam w temacie chudnięcia niemałe doświadczenie – jakby na to nie patrzeć 4 razy schudłam  całkiem sporo i całkiem skutecznie, i w dodatku całkiem zdrowo, i bez pamiątek w stylu obwisłej skóry (chociaż pępek wciąż mam obwisły, może kiedy zacznę ćwiczyć to się zmieni), chciałam podzielić się z Wami moim przepisem na odchudzający sukces. Tak, jest dla mnie sukcesem to, że po niespełna 3 miesiącach od urodzenia czwartego dziecka nie wstydzę się wyjść na plażę w dwuczęściowym kostiumie. Jeśli poczułaś delikatne ukłucie zazdrości, czytaj dalej, a zobaczysz, że Ty też możesz. I to w jak prosty sposób możesz!

 

 

 

Zacznę może od tego, czego nie robię:

 

1. Nie liczę kalorii. Absolutnie nie liczę kalorii. Nie widzę sensu w liczeniu kalorii. Nie potrafię liczyć kalorii. Szkoda mi czasu na takie nieskuteczne (w moim przekonaniu) metody.

 

2. Nie ograniczam tłuszczu – mówię o zdrowych tłuszczach, a nie o smażeniu na oleju (choć to też mi się zdarzało, teraz już nie, ale nie z powodu wracania do wagi, a ze względu na zdrowie – kiedyś o tym napiszę).

 

3. Nie ograniczam węglowodanów – zdrowych węglowodanów, a nie białego pieczywa czy pączków – chociaż po poprzednich ciążach te też zdarzało mi się jeść (i wciąż chudłam), teraz nie jem cukru, więc i od pączków trzymam się z daleka.

 

4.Nie ograniczam cukrów – cukrów zawartych w owocach, miodzie itd., a nie w paczce ciastek (choć to też nowość, bo po poprzednich ciążach jak najbardziej jadłam sklepowe słodycze, dopiero teraz udało mi się zerwać z nałogiem (TUTAJ o tym pisałam).

 

5. Nie ograniczam białek, bo i po co?

 

 

Dzięki temu, że nie wprowadzam trudnych do utrzymania na dłuższą metę jakościowych restrykcji, jedzenie nie staje się dla mnie obsesją, nie muszę mobilizować wszystkich pokładów silnej woli do walki z samą sobą, nie mam też napadów szalonego obżarstwa, a co za tym idzie, wyrzutów sumienia, które znów musiałabym „zajeść”, żeby poprawić sobie humor. Dobry humor mam gwarantowany dzięki temu, że jestem zadowolona zarówno z życia, jak i z wagi – poza tym moja obecna dieta jest zdrowa, a to również ma niemały wpływ na dobry nastrój, ale dziś miało być o odchudzaniu, więc…

 

 

 

Co  robię, skoro nie robię rzeczy, o których piszą w artykułach na Onecie i innych pudelkach?

 

1. Jem smacznie. Nie ma absolutnie nic gorszego niż dawanie się nabrać na skuteczność diet polegających na katowaniu się tym, czego nie lubimy. Jeśli jem coś, czego nie lubię, z reguły ma to podłoże zdrowotne i zawsze staram się jakoś to sobie umilić. Przykład: pomijając sałatki (takie jak TA), niestety nie lubię surówek. Żeby ułatwić sobie ich jedzenie, po pierwsze – robię z nich koktajl, po drugie – piję go pół godziny przed deserem, ot, taka mała nagroda.

 

2. Nie rezygnuję z tego, co lubię najbardziej, czyli ze słodyczy. Kiedyś były to zwykłe, śmieciowe słodycze z cukrem (nawet jeśli z górnej półki). Teraz robię je sama, bez cukru, więc zamiast zbędnych kalorii i pożywki dla stanów zapalnych i chorób, które się od nich zaczynają, dostarczam mojemu organizmowi tego, czego potrzebuje. Słodycze staram się jeść raz dziennie, po południu (ale nie wieczorem), ale bywało (i bywa wciąż), że jem ich więcej w różnych porach dnia. I mimo to – chudnę.

 

3. Jem z celem – czyli zarówno po to, żeby dostarczyć sobie wszystkiego, czego potrzebuje mój organizm, jak i po to, żeby sprawić sobie przyjemność (tak – jem po to, żeby żyć i jednocześnie żyję po to, żeby jeść).

 

4. Nie jem również z celem – kiedy nie jem, wiem po co. Wiem, że chodzi o moje zdrowie, dobre samopoczucie i równowagę. Wiem też, że to tylko chwila, która minie szybko, jeśli zastosuję się do poniższych punktów, a po tej chwili znów będę mogła jeść. Motywacja jest podstawą sukcesu.

 

5. Nie podejmuję codziennie dietetycznych decyzji. Co to oznacza? Oznacza to ni mniej, ni więcej, że nie walczę sama ze sobą, nie rzucam sobie rękawicy. Ja nawet nie decyduję się na dietę – tę decyzję mam zakodowaną w głowie – wiem, ile chcę ważyć, tę decyzję już dawno podjęłam, reszta to tylko jej konsekwencja. Daję sobie czas, żeby wyrobić w sobie nawyki, które pozwolą mi schudnąć, a potem po prostu nie daję sobie wyboru. O 22 nie pytam siebie, czy zjadłabym czekoladkę. Już podjęłam decyzję – o 22 nie jem czekoladek. Piątek świątek, o 22 nie jem czekoladek (chyba że świątkowe odstępstwo wliczyłabym do diety, wtedy zjedzenie czekoladki o 22 byłoby ok). Nawyki bardzo ułatwiają mi życie, zdejmując ze mnie ciężar konieczności ciągłego podejmowania decyzji, a te dietetyczne są często niebezpieczne i mogą prowadzić do porażki, więc lepiej usuwać je ze swojego dnia wszędzie tam, gdzie jest to możliwe. I kierować się zwykłą rutyną, nawykiem, który mówi nam, że teraz jemy śniadanie, teraz jemy obiad, a teraz nie jemy kolacji. 

 

6. Właśnie. Kolacja. To chyba najważniejszy punkt – nie jem kolacji. Zgodnie z wynikami wielu badań, które udowadniają, że jedzenie kolacji jest dla nas złe i wbrew podobnej ilości tych, które mówią, że jest wręcz przeciwnie. NIE JEM KOLACJI. Co do zasady. ALE.

 

7. Jeszcze ważniejsze jest to, że co kilka dni JEM KOLACJĘ. Nie pozwalam mojemu organizmowi przyzwyczaić się do tego, że nie dostaje pokarmu po określonej godzinie. W moim przypadku takie WYBIJANIE Z RYTMU działa cuda.

 

8. I właśnie dlatego zawsze CHUDNĘ DO OSTATNIEGO KILOGRAMA. A z tymi dwoma, które zwykle zostają w ogonku i nie chcą się odczepić podobno jest najtrudniej.

 

9. Kiedy nie jem kolacji często wyciskam dla siebie warzywny sok – dzięki temu jest mi łatwiej (a poza tym, karmię, więc potrzebuję dużo płynów), ale to jest punkt, który można pominąć.

 

10. I najważniejsze z ważnych – myślę o czymś innym. Zatapiam się cała w aktywnościach, które sprawiają mi przyjemność lub zajmuję się tym, czym muszę, ale starając się temu poświęcić. Ważne jest, żeby nie myśleć o jedzeniu. Podczas stosowania mojego sposobu na skuteczne odchudzanie jest to o tyle łatwiejsze, że wiadomo, że rano będzie można znów zjeść coś pysznego, coś zakazanego w innych dietach – bo przecież to nie dieta. To sposób na życie.

 

11. Staram się w swojej diecie zachować zdrowy rozsądek – niby o tym pisać nie trzeba, ale może jednak tak? Nie objadam się, nie głodzę, czyli odżywiam się normalnie.

 

 

Podsumowując –NAJPIERW DECYDUJĘ, DLACZEGO CHCĘ SCHUDNĄĆ, PO CO TO ROBĘ, BO MOTYWACJA JEST TAK SAMO WAŻNA, JAK SAMA DIETA (JEŚLI NIE WAŻNIEJSZA).

 

POTEM JEM, POTEM NIE JEM, ALE KIEDY NIE JEM, KONIECZNIE ZAJMUJĘ MYŚLI CZYMŚ INNYM.

 

 

I jeszcze jedno – ta metoda działa niezależnie od tego, jak zdrowo (lub niezdrowo) się odżywiamy. Przynajmniej na mnie działała nawet wtedy, kiedy jadłam uboższe odżywczo, za to o wiele bardziej kaloryczne posiłki. Jednak, wiadomo, na nasze ciało, na skórę, na mózg, na myśli jak torpedy, lepiej działa zdrowe jedzenie. Ale OD CZEGOŚ TRZEBA ZACZĄĆ. Zacznij więc tam, gdzie będziesz mogła odnieść sukces, który być może zmotywuje Cię do dalszych zmian w życiu.

 

I na koniec – ponieważ nie jest to dieta odchudzająca, nie zmieniam dla jej potrzeb zawartości mojego talerza, a jedynie wprowadzam ograniczenia czasowe, nie ma również mowy o efekcie jojo. Kiedy osiągam swoją wagę, wracam do jedzenia kolacji, ale żeby utrzymać wagę, co jakiś czas sobie jej odmawiam (można powiedzieć, że zamieniam miejscami dni jedzenia i niejedzenia ostatniego posiłku – podczas odchudzania nie jem, dajmy na to (tutaj każda z Was musi sama zobaczyć, co działa) pięć dni, potem jeden lub dwa jem. Później na odwrót: nie jem jeden lub dwa, jem pięć – albo szukam innych, skutecznych proporcji, żeby swoją wagę utrzymać.

 

Proste? Szalenie proste, prawda? I naprawdę skuteczne.

 

Jeśli chcecie, żebym więcej napisała o odchudzaniu bez odchudzania, dajcie znać – jakiś czas temu przeczytałam książkę, która potwierdza (trochę nawet naukowo), że w moim dietetycznym szaleństwie jest metoda. I to całkiem zdrowa.

 

Jeśli macie jakieś doświadczenia z odchudzaniem lub znacie historie, które mogłyby pomóc innym kobietom wygrać walkę z kilogramami, podzielcie się, proszę. Razem zawsze łatwiej dotrzeć do celu! Zresztą, kobiety powinny trzymać się razem, prawda?

 

P.S. Zaznaczam, że nie jestem lekarzem, dietetykiem czy coachem zdrowia. Opisuję tylko i wyłącznie moje doświadczenia. A że te doświadczenia są nadzwyczaj skuteczne i czuję się dzięki nim wspaniale, wstyd byłoby się nie podzielić, więc dzielę się. Podziel się i Ty, jeśli dzięki nim uda Ci się schudnąć!

 

 

Magda T.

  • Angie

    Bardzo ciekawy sposób. A o której mniej więcej godzinie jesz ostatni posiłek? I czym przygotowujesz koktajle? :)

    June 20, 2016 at 4:00 pm Reply
  • Lil

    Super wpis, zgadzam sie w 100%. Jestem przeciwnikiem diet – to po prostu zdrowe odzywianie na codzien czyni nas silnymi. Jakie slodycze je Pani w domu ?

    June 21, 2016 at 6:57 am Reply
      • Lil

        Swietnie, czekam na przepisy :) trudno mi się wyzwolić od tych sklepowych i przekonać do czekolady 80 %.
        Lubię piec ciasta :) teraz jest dużo fit przepisów – marchewkowe itp.

        W ciąży dbałam o urozmaicone posiłki – wpływ na zdrowie Malucha był ogromną motywacją.
        Dużo warzyw, owoców, kasz,chleb razowy. Teraz przy karmieniu i niewyspaniu silna wola trochę osłabła,ale zaczęłam dodatkowo lekkie ćwiczenia.

        Dopiero znalazłam Twojego bloga, ale dodaję do ulubionych, bo jestem mamą dwóch Synków :)
        Pozdrawiam cieplo

        June 21, 2016 at 10:20 am Reply
  • Idę Sierpniowa

    Prosto i mądrze. Jestem zachwycona. Dziękuję za wpis. Jestem po raz milionowy na paczatku 30 kg drogi do normalnosci. Mam 3 dzieci rodzonych co 9 lat i brzezinę, 2 koty i rybki i bardzo cierpliwego meza.Bede tu wracac. Spodobalo mi sie jak pięknie odpowiedziałam Panu który proponował zakup jeziora. To było coś!

    July 9, 2016 at 7:44 am Reply
  • A

    Hej :) Mogłabyś zrobić wpis, w którym pokażesz co jadłaś każdego dnia przez 5-7 dni (zdjęcia+przepisy) albo wpisy np. z samymi obiadami, śniadaniami? Coś w tym rodzaju :)

    August 4, 2016 at 8:09 am Reply
  • Moni

    Nie przyznam się ile razy czytałam ten wpis:) Madziu pisz więcej w tym temacie<3 w ogóle wiesz, ja piję dużo soków z marchwi i owoców i chyba tutaj robię błąd. Myślałam, że jeśli robię je w domu to jest Ok, ale to i tak jest cukier… a już dawno powinnam zrzucić wagę. Staram się stosować Twoje wytyczne, ale czasami jestem tak głodna, że o nich zapominam, No i słodycze to moja zmora.

    October 27, 2017 at 8:01 pm Reply

Leave a Comment