to top

Jak bez sentymentów pozbywać się ubrań, które zalegają w szafie

magdatomkowicz

Na zdjęciu wieszak od Rack Buddy – ostatnio mój ulubiony ubraniowy “organizer”

 

Czy też macie wrażenie, że życie byłoby o wiele prostsze, gdyby tak można się powymieniać niektórymi kompetencjami czy cechami charakteru? Ja zdecydowanie poprosiłabym, by ktoś dał mi moc załatwiania wszystkich spraw, tych urzędowych (czy jest na sali ktoś, kto – tak jak ja – jeszcze nie rozliczył podatków, choć zabierał się do tego już 429 razy?) i tych mniej formalnych, ale wymagających kontaktu ze specjalnym rodzajem ludzi, którzy doskonale wiedzą, czego chcą i w jaki sposób to ode mnie uzyskać. Gdybym miała taką moc, oh, czyż życie nie byłoby prostsze? Tymczasem mocy nie mam, mam za to coś, za co na pewno wiele osób oddałoby rękę, albo przynajmniej 20 centymetrów mozolnie zapuszczanych włosów – mam smykałkę do organizacji. Jeśli mi się chce, potrafię się naprawdę całkiem nieźle zorganizować, czy to w zakresie pracy, obowiązków domowych, czy dbania o siebie. A że dobra organizacja zaczyna się u mnie zawsze od porządków, dziś kilka słów na ten właśnie temat – w kontekście szafy, którą obecnie dostosowuję do moich zmieniających się potrzeb. Dostosowuję też do moich potrzeb metodę pozbywania się ubrań – bo właśnie to było zawsze najsłabszym ogniwem procesu organizacji szafy – na szczęście wreszcie znalazłam sposób na to, by samą siebie przekonać, co powinno z niej zniknąć (lub co powinnam częściej nosić).

 

Lubię sezonowe porządki. Jest w nich coś kojącego i jednocześnie dającego motywację do dalszych zmian na różnych polach. Jednak przez długie lata porządki w szafie robiłam w sposób nieefektywny – zdarzało mi się zostawiać nie noszone rzeczy tylko po to, by po kolejnym sezonie stwierdzić, że wciąż się kurzą (i znów zostawić je na następny rok, bo przecież wciąż je lubię). Tymczasem zewsząd słyszałam mądre rady w stylu:  jeśli nie nosiłaś czegoś przez rok, powinnaś się tego pozbyć. I pewnie miałyby one sens, gdybym rzeczywiście nosiła wszystkie rzeczy, w których dobrze się czuję i dobrze wyglądam. Tymczasem nie noszę wielu ubrań nie dlatego, że ich nie lubię, ale dlatego, że rano mam zwykle tak mało czasu, że ściągam szybko z suszarki to, co właśnie na niej wisi. Ta rutyna często mnie męczy – to po pierwsze, a po drugie – wielu rzeczy, które naprawdę lubię, nie noszę tak często, jak bym chciała, bo zalegają gdzieś z tyłu szafy, dawno nie używane (tymczasem inne niszczę szybciej, niż bym chciała, bo za bardzo je eksploatuję). Są też w mojej szafie rzeczy, których nie noszę, bo jest mi ich szkoda na co dzień – wciąż zdarza mi się zapominać, że na co dzień to teraz mój constans i ulubiony wełniany sweter jak najbardziej nadaje się do pracy, nawet jeśli tę pracę wykonuję w domu. W związku z tym wiele ubrań po prostu w tej szafie wisi, choć przecież zawsze byłam święcie przekonana, że noszę wszystko – bo wszystko, co mam, jest w moim stylu. Dopiero podczas porządków zwykle ze zdziwieniem stwierdzam, jak wiele rzeczy miałam na sobie nie więcej niż raz (a niektóre na swoją kolej w ogóle się nie doczekały, choć wcale nie dlatego, że specjalnie ich unikałam). I za każdym razem zastanawiałam się nie tyle nad tym, czy powinnam je oddać (wiem przecież, że NIE POWINNAM), ale nad tym, co zrobić, żeby moja szafa rzeczywiście była skrojona na moją miarę, żebym zawsze czuła się pewnie i wygodnie w tym, co noszę i żebym nosiła wszystkie ubrania, jakie posiadam, nawet jeśli rano nie mam czasu na tworzenie nowych zestawów.

 

IMG_20180320_165851_244

 

Pierwszym krokiem w dobrą stronę było opracowanie metody starter kit, dzięki której zawsze mam się w co ubrać. Jednak z racji tego, że sprzyja ona raczej noszeniu w kółko tych samych rzeczy, chciałam opracować także skuteczną metodę czyszczenia szafy, dzięki której nic nie będzie w niej niepotrzebnie zalegać (czy to dlatego, że tak naprawdę nie spełnia moich oczekiwań, czy też dlatego, że nie mam czasu, by założyć coś innego niż zestawy, które noszę w kółko), a mnie będzie łatwiej sięgać po ubrania, które wiszą na wieszakach, a nie te z suszarki, które nosiłam już wczoraj i przedwczoraj.

 

Jest to jednocześnie metoda bardzo prosta, jak i bardzo radykalna. Polega ona na tym, że każdego dnia wyciągam z szafy kolejną rzecz, której w danym sezonie jeszcze nie nosiłam i szukam dla niej optymalnego połączenia (jeśli nie jest ono dla mnie z góry oczywiste). Nie zajmuje to dużo czasu, bo tak jak pisałam, w mojej szafie większość rzeczy pasuje do siebie, ale jednak wymaga zarówno dyscypliny, jak i wyjścia ze strefy dawnych nawyków. Optymalnym rozwiązaniem jest przygotowanie ubrań wieczorem, ale nie zawsze mi się to udaje – ważne jest natomiast, żeby daną rzecz rzeczywiście nosić przez cały dzień – by móc na 100% stwierdzić, czy chcę ją zatrzymać (chyba że od razu wiem, że źle się w czymś czuję i mogę to odłożyć do worka z rzeczami do oddania). Każda rzecz, która przechodzi próbę pozytywnie, ląduje z powrotem w szafie (która obecnie jest podzielona na część przeznaczoną na już przetestowane ubrania i te, które wciąż czekają na swoją kolej), natomiast ze wszystkim, co się nie sprawdziło, bez żalu się żegnam.

 

Metoda ta pozwala spojrzeć na swoją szafę bez zbędnego sentymentalizmu i w bardzo praktyczny sposób ocenić wartość użytkową ubrań. A zatem, jeśli, tak jak ja, macie co sezon problem z tym, czy daną rzecz powinniście zostawić, czy raczej ją oddać, bo przecież nie “zdążyliście” jej założyć, choć ulubioną bluzkę mieliście na sobie 95 razy i już tak Wam się znudziła, że zdecydowanie ulubiona nie jest, ale wciąż po nią sięgacie, bo tak jest najprościej, może się ona okazać bardzo pomocna. Przy okazji pozwala budować coraz to nowe, sprawdzone zestawy, do których następnym razem łatwiej jest wrócić, bo wiemy już, że w danej rzeczy czujemy się świetnie, a nie zalega ona w szafie tylko dlatego, że żal się jej pozbyć.

 

Czasem “na sucho”, bez noszenia danej rzeczy przez jakiś czas, trudno jest zdecydować, czy jest to coś dla nas i jednocześnie łatwo się oszukiwać obietnicami, że na pewno będziemy tę rzecz nosić. Tymczasem najprościej jest ją po prostu założyć od razu. Jeśli czujemy przed tym opór lub zaraz po założeniu chcemy ją ściągnąć – czyż nie jest to najlepszy znak, że powinniśmy się z nią rozstać? Ja w ten sposób pozbyłam się kilku rzeczy, które czekały na to od kilku sezonów, ale zawsze potrafiłam samej sobie wytłumaczyć, że jeszcze przyjdzie ich czas. Z drugiej strony, dzięki tej metodzie, udało mi się wyjść z rutyny, w którą wpadłam, a o którą nietrudno, kiedy czasu na wszystko brak. Tymczasem naprawdę niewiele trzeba, by lepiej się zorganizować. Czy to w szafie, czy to w życiu. Choć to drugie, przyznaję, jest jednak trochę trudniejsze :)

 

magdatomkowicz

 

 

 

 

Magda T.

  • Franczeskaf

    To moja szafa to juz totalna nuda i świeci pustkami marzy mi się sukienka, spódnica, ale ciezko mi na cokolwiek zdecydowac. Wiec ciagle ten sam ciuch dzins top i czarna bluza bo optycznie pomniejsza biust

    April 18, 2018 at 6:25 pm Reply

Leave a Comment