to top

Czas bezwzględny

rodzina 3

Mam 24 lata. Siedzę na schodkach paryskiego domu. Palę papierosa. Ostatniego tego lata. Ostatniego w ogóle. Więcej takich wakacji w Paryżu ma nie być.

 

Koniec studiów. Praca magisterska. Materiały czytane na kolanie w Centre Pompidou. Upał i chłód metra, którym wracam codziennie do swojej dzielnicy. Długie spacery brzegiem Sekwany i czarno-białe filmy oglądane w Les-Halles. Zapach świeżej bagietki i kawa pita w małej brasserie po drodze na targ. Poranny deszcz w Bois de Boulogne. Krople spływające po szybach samochodów. Szarość. Zdjęcie małej dziewczynki. Czarna skóra odcinająca się ostro od białej sukienki. Pierwsze marzenie o córce. Norah Jones w słuchawkach, a na nadgarstku delikatna bransoletka. Zamknięte oczy i bose stopy na trawie, a pod głową książki, które topią się w upale jak kostki znikające w szklance, zajmujące miejsce wypitej szybko wody. Jak człowiek po człowieku, bo my tacy niezastąpieni jesteśmy, że tylko w boskim planie zapisane, kiedy świat się bez nas zawali.

 

10 lat. Kawał życia. Minuta. Godzina. Czas nie jest względny. Jest bezwględny. Dawka minimalna, prędzej czy później śmiertelna. Niesprawiedliwy, choć podobno dla wszystkich taki sam. Tylko ilość i jakość się nie zgadza.

 

Mam 34 lata. Siedzę na fotelu obitym czarną grubą tkaniną. Nogi podwinięte pod siebie, a wokół cisza. Tylko zza zamkniętych drzwi co jakiś czas słychać wybuch śmiechu i spokojny głos czytający książkę na dobranoc. Dzieciom. Naszym. Kiedy? Kiedy zdążyliśmy je mieć?

 

W ciągu tych ostatnich 10 lat, które nie wiadomo gdzie, kiedy i jak to możliwe, że już? Jak to się stało, że w tak krótkim czasie, krótszym jeszcze, co  tylko potęguje zdziwienie, daliśmy początek trzem nowym zupełnie i świeżym życiom, którym się wydaje, że będą zawsze, wiecznie i przecież tylko młodzi i zdrowi. I zawsze z nami. Że ta dłoń zawsze pogłaszcze mokry od łez policzek, a ręka złapie w porę i zamortyzuje najcięższe upadki. Że te usta zawsze szeptać będą do ucha słowa otuchy.

 

Zawsze. Zawsze nie ma. Tylko dłuższy lub krótszy epizod. Bardziej lub mniej znośna ciężkość bytu. I trzepot skrzydeł motyla, który dziś mi, jutro tobie, ale przecież nigdy nie wiadomo co i jak.

 

Mam 44 lata. Nie chcę wiedzieć, gdzie jestem. Czy jestem. Nie mów mi wróżko-zębuszko, kiedy przyjdziesz podziękować mojemu synowi za kolejny ząb. Nie mów mi. Dziś nie chcę znać czasu przyszłego. Dokonanego.

 

Chcę być tutaj. Nie czekać na szczęście, które mnie przecież czeka. Nie bać się choroby, która tak straszna, że nie sposób się nie bać. Być tu i teraz. Tęsknić. Marzyć. Pisać. Nie mieć już 24 lat. Nie mieć jeszcze 44. Nie żałować. Nie myśleć o tym, że kiedyś już tylko ze zdjęcia. Całować się wciąż tak, jakby czas nie istniał. Jakby jego bezwzględna względność mnie nie dotyczyła. Pozwolić sobie na jeden moment bezczasu. Na jedną chwilę. Na minutę. Na 10 lat. Czas. Zmarnowany i dobrze wykorzystany. Absolutny i bezwzględny. I ten ludzki, a tak nie po naszemu nieśmiertelny.

 

 

Magda T.

  • Magda

    Bo szczęście to nie wczoraj i nie jutro a dziś …

    July 2, 2014 at 3:15 pm Reply

Leave a Comment